Jeśli Marcin Gortat utrzyma taką formę do końca sezonu, to kto wie, czy nie będzie jednym z najbardziej rozchwytywanych graczy NBA do wyciągnięcia. Niebywałe jak duży progres robi ten facet w każdym kolejnym meczu. Wpadki może i owszem, zdarzają się, ale są niewielkie, a jego gra daje sporo stabilności i pewności. Kibice i koledzy z drużyny wiedzą, że mogą na niego liczyć, bo nie spada z określonego poziomu nawet na chwilę.
I nic dziwnego, że Los Angeles Lakers nie było w stanie go znowu powstrzymać. Suns wygrało 102:90, a jednym z głównych autorów sukcesu został właśnie Gortat. Rzucił aż 21 punktów i zebrał 15 zbiórek. W kontekście tej konkretnej rywalizacji mówi się o nim częściej, niż o Kobe’im Bryancie. Ten co prawda zdobył 32 punkty, ale nie trafił 7 z 8 rzutów z półdystansu. Takiej celności nie zazdrościł mu tego dnia chyba żaden koszykarz grający w NBA…
Gdyby cała drużyna Phoenix Suns grała tak równo jak Marcin, to kto wie czy to nie oni przewodziliby teraz tabeli. A tak? Cóż, zajmują dopiero 12 lokatę w konferencji wschodniej, mają 13 zwycięstw i aż 19 porażek. Swoją drogą, zawsze mnie osobiście ciekawiło, jak to jest, że nawet drużyna mistrzowska przegrywa aż tak wiele pojedynków. Narzekałem dopiero co na piłkę nożną, a już ciśnie się na usta “jak to jest z NBA” (śmiech)






