Od dawien dawna wiadome było, że kluby z najwyższej półki zwykły odpuszczać sobie grę w Lidze Europy, traktując ją bardziej jako rozgrywki dla rezerwowych, bądź dla graczy, których typowo chciałoby się sprawdzić, ew. dla takich, których czasem trzeba gdzieś upchnąć, aby rozegrali parę mało istotnych spotkań. Tym gorzej właśnie dla Wisły Kraków, która trafiła na prawdziwe gniazdo szerszeni. Dla Legii Warszawa? Nawet nie jest tak źle, co zresztą udało im się pokazać wczoraj.
Mistrz Polski trafił w końcu do grupy z Twente i Fulham, ekipami, które na pierwszy rzut oka będą grać lepiej, niż chociażby Tottenham czy Atletico Madryt. O Odense może i nic się nie pisało, ale wiemy dobrze, że w dzisiejszych czasach lekceważenie kogokolwiek, kończy się zwykle źle. W każdym też razie Biała Gwiazda przegrała na chwilę obecną oba mecze, tracąc przy tym aż siedem bramek, co czyni ich najgorszą jedenastką na tym etapie rozgrywek. Smutne, ale niestety absolutnie do przewidzenia.
Na pocieszenie Legia ograła wczoraj Hapoel Tel Awiw (3:2), co w pewnym sensie “zalało” gorycz wysokiej porażki Krakowian. Rezultat ten również był jednak do przewidzenia i mamy nadzieję, że typerzy się z nami zgodzą. Chyba jedynie szkoleniowiec rywali uważał, że wynik powinien być “na odwrót”.
Jakieś pozytywy prócz zwycięstwa 3:2? Wisła zdobyła bramkę numer 100 w europejskich pucharach, zawsze coś, takie małe pocieszenie. Zresztą, trener Maaskant i gracze od początku powtarzają, że dla nich liczy się tylko T-Mobile Ekstraklasa, w końcu trzeba jakoś awansować ponownie do eliminacji Ligi Mistrzów…






